PROJEKT DENKO #1
Daria

Daria

Autorka wpisu

Dziś na blogu pierwszy “projekt denko” czyli dla niewtajemniczonych – będzie o kosmetykach, jakie udało mi się w ostatnim czasie do końca zużyć. Lubię czytać tego typu posty, bo to świetna okazja do zapoznania się z takimi kosmetycznymi mini recenzjami. W dzisiejszym wpisie będzie sporo zużytych produktów do pielęgnacji włosów, ciała, twarzy, a także kilka rzeczy z kolorówki. Gotowe? To zaczynamy!

MAKIJAŻ
_________
# Krem z filtrem Clinique Mineral Sunscreen Fluid SPF 50 – towarzyszył mi całe lato i był jednocześnie bazą pod makijaż oraz chronił przed szkodliwym działaniem promieniowania słonecznego. Bardzo lejący w swojej konsystencji, ale dzięki temu lekki, nietłusty i świetnie dogadywał się z moimi podkładami. Nie wybielał skóry, nie zapychał i nie spowodował u mnie żadnych problemów z cerą, dlatego chętnie sięgnę po kolejne opakowanie. 
# Puder brązujący Benefit Hoola – żałuję, że mi się skończył, a miałam go naprawdę niesamowicie długo. Używałam go do opalania całej twarzy oraz do lekkiego konturowania. Wygląda na skórze bardzo naturalnie, jest całkowicie matowy i trwały. Również planuję zakupić go ponownie. 

# Puder matujący Manhattan Clearface – wiele razy wspominałam Wam, że to mój wielki ulubieniec i niestety został wycofany ze sprzedaży. Szkoda, bo to jeden z niewielu pudrów matujących i utrwalających makijaż, który mnie nie zapychał i nie powodował żadnych problemów z cerą. Jestem też zdziwiona, że nie można go kupić w sieci, co jest bardzo dziwne. Nie mam pojęcia czym go zastąpię, bo nic mu nie dorównuje #nothingcomparestoyou 🙁
# Tusz do rzęs L’oreal False Lash Wings – oj niestety nie polubiłam się z tym tuszem. Podejrzewam, że problemem jest ta innowacyjna, silikonowa szczoteczka, która nieprawdopodobnie skleja moje rzęsy. Tusz sam w sobie nie jest aż taki zły, bo po nabraniu go na inną szczoteczkę całkiem nieźle pogrubia i wydłuża, ale za to odbija się na górnej powiece. 
# Żel do utrwalania brwi IsaDora Brow Shaping Gel – bezbarwny żel, który ma za zadanie utrzymać włoski brwi na miejscu. Nie był to najlepszy żel na świecie, bo nie utrwalał tak mocno, jakbym sobie tego życzyła. Plus za małą szczoteczkę, którą naprawdę łatwo wystylizować brwi. Bardzo szybko się skończył, więc raczej nie kupię go ponownie. 
# Podkład Dr Irena Eris Provoke Matt Fluid 210 – zużyłam już niezliczoną ilość buteleczek tego podkładu. Jak na zawołanie właśnie dobrnęłam do końca z kolejną sztuką, a że aktualnie można go kupić w Rossmannie z 49% zniżką, to z przyjemnością uzupełnię zapasy. 

# Kredka do brwi Nabla Brow Divine Venus – najlepsza kredka do brwi jaką kiedykolwiek miałam. Odcień Venus nie jest ani zbyt ciemny, ani za jasny. Nie ma też rudej poświaty. Długo utrzymuje się na brwiach, nie jest tłusta, nie pozostawia we włoskach takich nieestetycznych kawałeczków. Brwi wyglądają bardzo naturalnie, a jednak są odpowiednio zaznaczone i wyrównane. Dla mnie ideał. 

PIELĘGNACJA CERY
_________
# Żel do mycia twarzy La Roche Posay Effaclar – mój ulubieniec od lat. Nie wysusza mojej skóry, nie powoduje powstawania niedoskonałości, doskonale domywa i odświeża. Jest też bardzo wydajny i starcza mi na kilka dobrych miesięcy. Potrzeba niewielkiej ilości, aby dokładnie zmyć cały makijaż. Wersja z pompką jest wygodna i dozuje idealną ilość żelu. Ostatnio udało mi się go kupić w stacjonarnej aptece za około 30 zł, więc warto polować na okazje. 
# Kwas glikolowy Bielenda 30% Glycolic Acid – lubię peelingi kwasem glikolowym, bo jest nieco silniejszy, niż migdałowy, ale nie powoduje u mnie nadmiernego złuszczania. Ten z Bielendy jest całkiem niezły, ale nie wiem czy kolejny będzie również tej marki. Raczej wypróbuję coś innego. 
# Odżywczo-regenerująca maska po eksfoliacji Bielenda – to maseczka, której używam po zneutralizowaniu i zmyciu kwasu, zarówno migdałowego jak i glikolowego. Fantastycznie łagodzi wszelkie podrażnienia i nawilża. Z pewnością kupię kolejne opakowanie. To starczyło mi na prawie rok. 
# Krem pod oczy Vichy Aqualia Thermal – bardzo szybko się skończył, ale lubiłam jego działanie. Spodobał mi się do tego stopnia, że z każdego innego jestem niezadowolona. Lekki, o żelowej konsystencji, ale ekspresowo nawilżający i kojący skórę pod oczami. Aktualnie chcę wypróbować krem pod oczy z Clinique All About Eyes w wersji rich, a jeśli mi się nie sprawdzi, to na pewno wrócę do Vichy. 
# Peeling enzymatyczny/wygładzający Ziaja Sopot Spa – jeden z lepszych produktów Ziaji, jaki miałam okazję stosować. Dodam, że niewiele kosmetyków tej marki się u mnie sprawdza. Wiele z nich ma nieprzyjazne dla mojej skóry składy i powodują u mnie więcej szkód, niż pożytku. Ten peeling jest rewelacyjny. Po jego zmyciu skóra jest miękka, gładka, wyraźnie rozjaśniona, ale też nawilżona i ukojona. Na pewno zakupię go ponownie tym bardziej, że jest niedrogi. 
# Aktywny kolagen w żelu Dermo Future – wiązałam z tym produktem duże nadzieje, ale niestety nie zauważyłam żadnego efektu po zużyciu całego opakowania. Plus za to, że mnie nie uczulił, ani nie spowodował pogorszenia stanu cery. 
# Krem pod oczy Clinique Pep-start – co prawda skończyłam go już dosyć dawno, ale postanowiłam umieścić go w tym zestawieniu. Był całkiem niezły i dobrze nawilżał, ale jednak Vichy okazał się o wiele lepszy. Myślę, że sprawdzi się u naprawdę młodych dziewczyn, może nawet jako pierwszy krem. 
# Serum Estee Lauder Advanced Night Repair – jestem już przy końcówce tego serum i stosuję je co drugi dzień, na noc. Jestem zachwycona jego działaniem, chociaż opinie na jego temat są bardzo podzielone. Genialnie nawilża i rozjaśnia drobne przebarwienia, a do tego ujędrnia skórę. Lubiłam go używać także pod maski algowe, aby zmaksymalizować efekty. Na pewno zakupię kolejne opakowanie. 
PIELĘGNACJA WŁOSÓW
_________
# Silikonowe serum termoochronne Marion – bardzo intensywnie wygładza, ale szybko można z nim przesadzić i obciążyć włosy. To serum było jednym z wielu, których używałam w tym samym czasie, dlatego starczyło mi na bardzo długo. Ma gęstą, oleistą konsystencję, dzięki czemu daje wrażenie porządnej termoochrony.
# Szampon przeciw wypadaniu Head&Shoulders – z szamponami tej marki jest u mnie tak, że początkowo sprawdzają się genialnie. Nadają włosom objętość, które są gładkie i sprężyste nawet po użyciu byle jakiej odżywki. Ale wszystko do czasu. Później zaczyna mnie swędzieć głowa, skalp bardzo się przetłuszcza i odczuwam jego duże podrażnienie. Raczej nie skuszę się na kolejne opakowanie. 
# Szampon przeciw wypadaniu Dermena – był jednym z kroków mojego planu przeciw wypadaniu włosów, który możecie zobaczyć tutaj klik. Szampon z Dermeny ma tą wadę, że obciąża włosy u nasady i sprawia, że już po niedługim czasie wyglądają nieświeżo. Czy wspomógł moją walkę z wypadaniem? Trudno powiedzieć, ale nie spowodował swędzenia i jakiegoś dodatkowego podrażnienia. 
# Szampon Babydream Rossmann – nie wiem która to już moja butelka, ale z pewnością można liczyć w setkach. Babydream lubię nie tylko do mycia włosów, ale także do czyszczenia pędzli. Nic tak dobrze ich nie domywa.
# Suchy szampon Bumble&Bumble Pret-a-powder – niestety ten suchy szampon zupełnie się u mnie nie sprawdził. Pozostawiał na włosach biały nalot, przez co wyglądały na siwe, a do tego wcale tak mocno nie odświeżał i nie unosił włosów. Aplikacja z buteleczki jest też trochę niewygodna. Najbardziej lubię suche szampony w spreyu. 
# Krem modelujący Kerastase Oleo Curl – bardzo fajny produkt, który wzmacnia skręt włosów, nadaje im jakby większą plastyczność. Ponad to nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie i włosy nie są po nim sztywne. Nakładałam niewielką ilość przed wysuszeniem włosów, następnie suszyłam, rozczesywałam i nakręcałam je np. na termoloki. Po usunięciu wałków wgniatałam jeszcze odrobinę w loki, które nabierają wtedy takiej jedwabistości. Pięknie pachnie! 
# Odżywka do włosów Artego 6:50 – produkt do spłukiwania. Dobrze dociążał moje włosy, lekko je wygładzał, ale bez fajerwerków. To samo uzyskuję po użyciu jakiejkolwiek emolientowej maski Kallos, które są znacznie tańsze. 
# Maska do włosów Kallos Blueberry – ulubiona maska tej marki, która starcza mi na baaardzo długo. Dociąża, wygładza, zapobiega puszeniu. Już zakupiłam kolejne opakowanie.
# Maska O’Herbal z tatarakiem – moje odkrycie ostatnich miesięcy i naprawdę jestem z niej bardzo zadowolona. Ma gęstą, treściwą konsystencję i nieco trawiasty zapach. Mam wrażenie, że zapewnia nie tylko dobre efekty wizualne, ale faktycznie nawilża i pielęgnuje włosy od środka. Z pewnością kupię ją ponownie i aktualnie testuję też szampon tej marki. 
# Pianka do włosów Schwarzkopf Taft Volume Mousse – to jedyna pianka, która w miarę spełnia moje oczekiwania co do utrwalania loków. Nakładam odrobinę na suche włosy przed nawinięciem na termoloki, dzięki czemu skręt jest trwalszy i silniejszy. Nie skleja, nie robi na głowie skorupy czy hełmu. Daje się łatwo wyczesać, chociaż z tym trzeba uważać. Generalnie nie powinno się czesać włosów po lakierze czy piance. 
PIELĘGNACJA CIAŁA
_________
# Peeling cukrowy Lirene o zapachu żurawiny – bardzo przyjemny peeling cukrowy, który nie jest co prawda takim mocnym zdzieraczem, ale świetnie sprawdzał się u mnie latem, podczas złuszczania lekko podrażnionej słońcem skóry. Ma obłędny, słodko-kwaśny zapach żurawiny, który bardziej przypomina mi aromat kolorowych, pudrowych cukierków z lat 90 🙂
# Samoopalacz Sun Ozon Rossmann – myślę, że na jego temat nie ma sensu się dalej rozpisywać, bo już wiele razy o nim wspominałam. Nadal jest najlepszym samoopalaczem, jakiego miałam okazję używać. Oby tylko nie został wycofany!

# Samoopalacz w piance Lirene Bronze Collection – również bardzo lubię ten produkt, bo daje mocniejszą i szybszą opaleniznę, niż w przypadku Sun Ozon. Trzeba jednak z nim bardziej uważać, bo potrafi zrobić smugi i plamy. Sun Ozon jest trochę bezpieczniejszy pod tym względem. Pianka pozostawia mocny zapach samoopalacza, więc jeśli tego nie lubicie, to lepiej kupić coś innego. 
# Samopalacz w kremie do ciała i twarzy Lirene Bronze Collecton – produkt z tej samej serii, co pianka. Mogę go porównać do samoopalacza Sun Ozon – daje równomierny, brzoskwiniowy odcień opalenizny. Niestety ma trochę małą pojemność i kolejnym razem wybiorę samoopalacz z Rossmanna. 
# Brązujący balsam do ciała pod prysznic Lirene – produkt bardzo ciekawy, bo trzeba go nałożyć na mokrą skórę podczas brania prysznica, dokładnie rozsmarować, odczekać chwilkę i spłukać. Daje subtelny kolor opalenizny, ale na pewno nie spowoduje żadnych plam, odcięć czy smug. Będzie to świetny produkt dla bladziochów oraz dla osób, które po prostu mają uraz do samoopalaczy. Tym na pewno nie zrobicie sobie krzywdy. Nie pozostawia też tego specyficznego smrodku samoopalacza i sam w sobie bardzo ładnie pachnie. 
# Antycellulitowy żel chłodzący Lirene – zdecydowanie bardziej wolę żele chłodzące, niż rozgrzewające i ten jest całkiem przyjemny. Nie mrozi tak, jak produkty z Eveline, szybko się wchłania, ale trudno powiedzieć coś na temat działania antycellulitowego, bo ma malutką pojemność. Na pewno skóra jest bardziej nawilżona. 
***
Żyjecie? 🙂 Przyznam, że trochę się tego nazbierało na przestrzeni kilku miesięcy. Znacie jakiś produkt z dzisiejszego wpisu? 

Obserwujcie mnie też na Instagramie @kosmetycznahedonistka 

Przeczytaj także