HITY MARCA I JEDEN BUBEL: ŻELE POD PRYSZNIC BIAŁY JELEŃ, SPOTIFY, WODY PERFUMOWANE SOTHO, OLEJEK DO UST CATRICE I INNI.
Picture of Daria

Daria

Autorka wpisu

Marzec za nami, a więc najwyższy czas zaprezentować Wam ulubieńców minionego miesiąca. Będzie wyjątkowo pachnąco i wiosennie, chociaż za oknem raczej ponura jesień. Mimo, że dziś Prima Aprilis, to ulubieńcy będą na serio, więc jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam do dalszego czytania. 

Często borykam się z alergią na różne środki myjące i próbowałam już naprawdę wielu produktów pod prysznic, również tych całkowicie naturalnych. Niestety większość z nich mnie uczula i na mojej skórze pojawia się wysypka, nieprzyjemne ściągnięcie i pieczenie. W pewnym momencie miałam pod prysznicem już tylko szampon Babydream, którego używałam do mycia i jako jedyny mi nie szkodził, ale jego zapach jest ogromnie męczący. Kiedy podczas zakupów w drogerii natrafiłam na hipoalergiczny żel pod prysznic Biały Jeleń, to od razu powędrował do koszyka. Lubię tą markę i tym razem znów mnie nie zawiodła. Najpierw wypróbowałam żel z łopianem i jagodą, a kiedy tylko zauważyłam, że moja skóra nie reaguje na niego z żaden negatywny sposób, to zaopatrzyłam się w całą gromadkę widoczną na zdjęciu. Wszystkie zapachy są bardzo oryginalne i nie tak sztuczne, jak w przypadku innych, popularnych marek drogeryjnych. Żel ma śmieszną konsystencję galaretki, ale dobrze się pieni, a po jego użyciu mam uczucie odświeżenia, bez żadnego nieprzyjemnego ściągnięcia czy tłustej warstwy na skórze. Dziewczyny, jeśli również macie wrażliwą skórę, to wypróbujcie sobie ten żel. Dostaniecie go różnych drogeriach np. Rossmann, ale też w wielu supermarketach lub w e-sklepie. 
Jakiś czas temu marka Sotho wysłała mi do
przetestowania swoją absolutną nowość czyli wody perfumowane w pięknych,
minimalistycznych flakonach. Wody mają aż 20% stężenie olejków zapachowych i
już przy pierwszym wąchaniu są bardzo intensywne. Najbardziej przypadła mi do
gustu wersja niebieska SOTHO N°1, która według opisu ma być trochę inspirowana Light Blue Dolce & Gabbana, I love
love Mochino czy Eau de Cartier.
Myślę, że niebieski zapach najbardziej
przypomina właśnie perfumy D&G, których kiedyś byłam wielką fanką. Długo
utrzymuje się na skórze i jest świetny do torebki. Pozostałe flakony również mają coś z popularnych perfum i np. N°2 pachnie podobnie do Acqua di Gioia Eau
Fraiche Armani, N°3 do Si Armani, N°4 do Dahlia Divin Givenchy,
a N°5 do La Vie Est Belle Lancome. Wszystkie zapachy dostępne są TUTAJ klik i jeśli macie ochotę wypróbować, to mam dla Was kod zniżkowy na -25%  “SOTHOWP2016“. Będzie działał do końca kwietnia 2016. 

Pozostając jeszcze w pachnącym klimacie, to w lutowym pudełku beGlossy znalazłam mało shea z Organique, które wyjątkowo mi się spodobało. Ma tak smakowity, owocowy zapach, że ciężko mu się oprzeć. Masło jest bardzo treściwe i natłuszczające, ale po kilku minutach uczucie lepkości znika. Uwielbiam go używać na dłonie, bo świetnie nawilża okolice wokół paznokci. Wcześniej stosowałam tradycyjne masło shea na skórki, ale to z Organique o zapachu truskawki i guavy jest o wiele przyjemniejsze. 
O żelu do usuwania skórek z Sally Hansen Instant Cuticle Remover pisałam Wam już TUTAJ klik i nadal pozostaję mu wierna. Nie wyobrażam sobie pielęgnacji moich paznokci bez tego produktu i jeśli macie problem z widocznymi skórkami, to żel powinien sobie z nimi poradzić. To mój hit! Dostępny w Rossmannie. 
Moja 3-letnia zalotka z Inglota niespodziewanie się rozleciała, więc wybrałam się po kolejny egzemplarz. Nowa jest jeszcze lepsza i naprawdę spektakularnie podkręca rzęsy. Tym starym modelem zdarzało mi się niejednokrotnie przyciąć kawałek powieki, co było dosyć bolesne, natomiast nowa zupełnie tego nie robi. Jest wyraźnie lepiej wyprofilowana. Jeśli szukacie dobrej zalotki, to ta z Inglota jest godna polecenia. 
Od jakiegoś czasu bardzo chciałam wypróbować szalenie popularny olejek do ust z Clarins, ale cały czas był niedostępny w sprzedaży i rozchodził się jak ciepłe bułeczki. W sumie dobrze się stało, że go nie kupiłam, bo świetną alternatywą okazał się olejek Catrice Luxury Lips w kolorze 030 Revolution-berry Lips. To coś więcej, niż zwykły błyszczyk. Olejek daje taki niesamowity komfort na ustach i wyraźnie je nawilża, do tego ma bardzo naturalny, transparentny kolor. Zerknijcie na niego w Naturze, bo to super sprawa dla dziewczyn, które nie lubią mocno podkreślać ust. Ten malinowy kolor jest bardzo apetyczny. 
Ulubioną aplikacją w marcu ponownie okazało się Spotify i po prostu nie wyobrażam sobie już życia bez tego muzycznego odtwarzacza. Fajnie, że można tu znaleźć różnorodną muzykę od starych klasyków, po jakieś nowoczesne kawałki. Utwory ułożymy w playlisty, ale można też korzystać z tych gotowych, zależnie od nastroju czy gatunku. Wątpię, żeby ktokolwiek jeszcze nie spotkał się z tą aplikacją, ale jeśli jeszcze nie próbowałyście, to zachęcam. Można ją ściągnąć zupełnie za darmo.
W małym, osiedlowym sklepiku natrafiłam na suszoną żurawinę i zupełnie przepadłam. Może nie wygląda jakoś wyjątkowo apetycznie, ale uwierzcie mi, że jest lepsza w smaku niż typowe słodycze. Lubię ją dodawać do ciast i podjadać w ciągu dnia. Pycha!
Na koniec mały bubel, a mianowicie maska Pilomax z aloesem. Muszę przyznać, że jeszcze żadna odżywka tak bardzo nie puszyła mi włosów, jak właśnie ta. Niestety taki efekt zupełnie mi nie odpowiada, do tego zapach jest bardzo nachalny i można się go pozbyć dopiero przy następnym myciu włosów. Dotychczas lubiłam maski z aloesem (np. NaturVital), ale ta mnie rozczarowała. Będę ją musiała zużyć w formie żelu do golenia nóg, ale nie wiem czy długo wytrzymam ten mydlany zapach. Ostatnio pokazywałam Wam inne maski tej marki, które kupiłam i jak na razie spisują się dobrze. Więcej opowiem przy okazji aktualizacji pielęgnacyjnej moich włosów. 
***
Napiszcie koniecznie jacy są Wasi ulubieńcy marca!
Przeczytaj także